Dyskretny urok gier wojenny

Uwielbiam gry wojenne. Nie będę Was do nich przekonywał, bo wiem, że nie każdemu odpowiada tematyka i nie każdy musi chcieć wyładowywać nad planszą nadmiar skłonności przywódczych. Nie będę Was do nich przekonywał, bo wiem, że trzeba lubić historię, fascynować się nią i poznawać, aby rozgrywka nabrała smaku i odpowiedniej wagi. Owszem, zdarzają się gry wojenne, które mogą dać dużo radości z grania nawet komuś, kto od tematów wojenny stroni – zwłaszcza te, gdzie możliwości podejmowanych decyzji są stosunkowo ograniczone, nie ma paraliżu decyzyjnego, a mechanika sama w sobie jest zgrabna i abstrakcyjna. Lub też te stosunkowo proste. Nie będę przekonywał, bo wiem, że trzeba mieć dużo chęci i samozaparcia aby przebrnąć przez instrukcję, a potem zaglądać do niej jeszcze przez najbliższe 10 rozgrywek. Nie będę przekonywał, bo wiem, że wielu eurograczom, zwłaszcza tym lubiącym gry mózgożerne (czyli wagowo zbliżone do wojennych) większość mechanizmów wyda się archaiczna. Walka rozgrywana rzutem kości – tak, jakby od czasu Magii i Miecza nic się nie zmieniło. No i nie będę robił tego też z tego powodu, że mało kto może poświęcić 3-4 godziny na jedną rozgrywkę.

Ale będę zachęcał. Gry wojenne dostarczają innych emocji. Kiedy gram w eurogry nie zależy mi jakoś szczególnie na zwycięstwie, liczy się czas spędzony w dobrym towarzystwie, a ewentualna porażka nie wzbudza we mnie nagłej potrzeby rewanżu. Z grami wojennymi jest inaczej. Tutaj walczy się do końca. Tematyka, oraz symboliczny ciężar jaki narzuca, starania, jakie podejmuję, aby wygrać, próba przewidzenia ruchów przeciwnika, multum czynników jakie wpływają na sytuację na planszy – wszystko to sprawia, że poziom emocji wyrasta ponad euro-normę. Choćby z tego powodu, że 3-godzinna rozgrywka z moją przewagą, może zakończyć się porażką przez jeden błąd – własny lub wymuszony. Lubię gry wojenne, za ryzyko jakie trzeba nieustannie podejmować. Tutaj nie ma pewności, że plan się powiedzie, błądzimy, licząc na błąd przeciwnika, sprzyjające warunki, odrobinę szczęścia, odpuszczamy w jednym miejscu, aby budować przewagę gdzie indziej, poświęcamy jedną bitwę, aby wygrać w innej, pozorujemy ataki, próbujemy zwieść przeciwnika. No i jest jeszcze coś – klimat. Dowódcy, bez względu na okres, podejmowali strategiczne decyzje stojąc w raz ze swym sztabem nad mapą, czy to nanizaną patykiem na piasku gdzie za wojska służyły kamienie, nad zwojami papirusu z glinianymi figurkami czy profesjonalną, drukowaną mapą pokazującą każdą drogę i każdy murek, w która sztabowcy wbijają kolorowe szpilki. Stojąc nad planszą możemy poczuć się jak oni i choć brzmi to naiwnie, i jest dalekim echem chłopięcych marzeń o byciu żołnierzem, to nikt mi nie odbierze tego, że… byłem Hannibalem i sprałem rzymianom dupsko! 🙂

Grafika do gier wojennych kiedyś wzbudzała moje politowanie: fatalne połączenia kolorystyczne, te kiczowate okładki, malarstwo przerabiane gotowymi filtrami aby nikt nie przyczepił się o prawa autorskie. Teraz mam trochę inny stosunek – w grach wojennych estetyka schodzi na dalszy plan, ze zrozumiałych względów, a gdy jest zbyt rozbudowana czy zbyt upiękniona, potrafi grze zaszkodzić. Są jednak gry, które stanowią dla mnie istne mistrzostwo jeżeli chodzi o budowanie klimatu i wzmacnianie efektu, jakie daje sama gra. Napoleon’s Triumph z oszczędną mapą i unikatowymi, podłużnymi bloczkami przenosi nas prosto do namiotu Wielkiej Armii (zwróćcie też uwagę na świetne pudełko). Sekigahara z klimatyczną mapą, oszczędną kolorystyką i japońską symboliką wywołuje podobny efekt. Moim ostatnim odkryciem jest Unhappy King Charles – gdzie po mistrzowsku połączono klimat epoki, prostotę, oszczędność i czytelnością, bez zbędnego udziwniania i tysiąca szczegółów. Hell’s Gate to od początku do końca spójny, od pudełka, przez plansze po żetony, projekt, któremu niczego nie brakuje. Moim skromnym zdaniem wyżej wymienione tytuły w niczym nie ustępują dopieszczonym eurogrom i przeładowanym ameritrashom, albo jeszcze dalej – przerastają je projektową dojrzałością.

Czy zachęciłem do gier wojenny choć jedna osobę? Jeżeli choćby zainteresowałem to zapraszam do poświęcenia kilkunastu minut na obejrzenie mojej viodeorecenzji gry Sekigahara, rozpoczynającej cały cykl. Mam nadzieję, że pomogę w podejmowaniu decyzji podczas pisania listów do św. Mikołaja.

 

  • Czekam na kolejne recenzje, bo gry wojenne fascynują nawet tych, którzy w nie nie grają. Może to dzięki takim cegiełkom zbudujemy most między chęciami i graniem 😉

  • jaroslawczajaZnadPlanszy

    Dobrze piszesz. Ja jako eurowiec bardzo sie bawie przy Conflict of Heroes. To faktycznie inne emocje i wieksze poczucie zblizenia do rzeczywistosci. Polecam sprobowac.

  • Ozy

    Z jakiego filmu pochodzi początek? Recenzja – super. Jedna z lepszych gier wojennych, zarówno ze względu na zasady, gameflow jak i wykonanie.